Nie tylko pociag nr 393

Piotr Bein

Nie tylko pociąg nr 393


Zwykle prawda o tym, co się naprawdę zdarzyło podczas wojny wypływa po jej zakończeniu [...] Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że NATO kłamało mówiąc, iż nie atakowało celów cywilnych rozmyślnie. Okaże się jeszcze o wiele więcej, wierzcie mi.
z przemówienia dziennikarza i historyka Phillipa Knightley’ego w Londynie 23.3.00 do Freedom Forum, organizacji dla wolności prasy i słowa

Do Grdelicy przyjechałem pociągiem nr 391 relacji Belgrad – Skopje ok. godz. 21. z dużym opóźnieniem, bo rozpoczął kurs dobrze po planowym czasie, a potem musiał ustępować na trasie przez Nisz i Leskowac. Tak jak w nieszczęsnym pociągu 393 przeszło rok wcześniej, elektryczna lokomotywa ciagnęła 4 wagony pasażerskie. Nadałem mój rower na bagaż, bo nie było specjalnego wagonu w międzynarodowym składzie. Pociąg był przepełniony, rower w korytarzu byłby zawalidrogą. Konduktor pomógł mi znaleźć zarezerwowane miejsce, a ktoś posłusznie je zwolnił. W przedziale na miękkich siedzeniach drugiej klasy siedziało oprócz mnie 3 dorosłych i 2 dzieci. Od czasu wyjazdu z rozgrzanego słońcem dworca w Belgradzie wdzierało się ono do wewnątrz najpierw z jednej, a w miarę upływu godzin podrózy – z drugiej strony wagonu. Na zewnątrz było ponad 35 °C, a wewnątrz z 5 stopni więcej. Wszyscy popijali wodę z plastikowych butelek dopełnianych na każdym dłuższym postoju ze stacyjnych wodopojów.
Współpodróżni zorientowali się, że jestem innostraniec. Rozmowa zeszła na interesujący mnie temat, gdy ujawniłem łamanym serbo-chorwackim: ja piszu kniżke o NATO agresje na Jugoslawje. Naliczyłem ok. 80 osób w każdym wagonie: po 6 w przedziałach i ok. 20 osób bez miejscówek na korytarzu. Tylko 50 zabitych w pociągu pod Grdelicą? – rzuciłem pytanie do grupki w moim przedziale i paru osób uczestniczących w rozmowie z korytarza przez otwarte drzwi. To był okres Wielkiej Nocy. Ludzie nie podróżują wtedy tyle, co w lecie – pospieszono z wyjaśnieniami. Wyliczywszy inne miejsca natowskich zbrodni wojennych i zubożony uran, siedząca naprzeciw mnie serbska lekarka powiedziała poważnie drżącym głosem – Przez sto, nawet tysiąc lat nie zapomnimy, co NATO zrobiło w Grdelicy. Przekazałem im jak najlepiej mogłem, co o tym wiem, myślę i czuję. Gość stojący w drzwiach pokazał kciukiem w dół: Clinton niedobry. Podobne powściągliwe reakcje widziałem często. Serbowie nie winią całego narodu amerykańskiego czy całego Zachodu za to, co szaleńcy i rasiści z NATO wyrządzili ich narodowi.

Odbudowane mosty kolejowy i drogowy E75 pod Grdelicą.

Autor z Petarem i Draganem przy pomniku ofiar bombardowania pociągu pod Gdelicą przez NATO.


Miejsce natowskiej zbrodni
Spałem w śpiworze pod śliwami w małym sadzie niedaleko stacji naprzeciwko wytwórni okien, która po kapitalistycznemu opatrzona była znakami z serbskim nazwiskiem prywatnego właściciela. W mroku, na przedłużeniu torów widziałem zarysy mostu kolejowego, ale tylko o jednym przęśle. Musi być dalej, pomyślałem planując następny dzień. Przez sen słyszałem parę pociągów przemykających niedaleko mego legowiska. Nazajutrz odebrałem rower ze stacji. Ktoś odkręcił dzwonek od kierownicy, ale podpisałem odbiór bez skargi. Udałem się wzdłuż Jużnej Morawy do miejsca o wiele większej, natowskiej zbrodni. Po drugiej stronie rzeki od czasu do czasu klekotały opony pojazdów na szczelinach między betonowymi płytami drogi E75. Miejsce rozpoznałem po paru kilometrach jazdy po lokalnej wyboistej drodze, gdy dolina zwęziła się i zza drzew wyłoniły się dumne sylwetki obu mostów. Stały odbudowane do stanu przed zburzeniem. Ciał zabitych nawet nie zdołano złożyć w daremnych próbach identyfikacji ze spalonych kawałków rozrzuconych po okolicy wybuchami śmiercionośnych bomb. Zatrzymałem się i zdjąłem czapkę. Magazynowany miesiącami smutek wytoczył się łzami mimo woli.
Oparłem rower o nowiutki beton filara mostu drogowego. Ktoś łowił ryby na przeciwnym brzegu rzeki, wyłożonym, jak ten na którym stałem, bryłami betonu ze zbombardowanego, a potem rozebranego po kawałku mostu. Rdzewiejące pręty zbrojeniowe sterczały z betonowego gruzu. Kilka metrów nade mną nowy pokład mostu zadudnił od przejeżdżającego tira – pewnie z Grecjii albo Macedonii, a może z Kosowa? Pomalowane szaro-niebieską farbą przęsła mostu kolejowego też wyglądały jak nowe. O tragedii przypominały jedynie groteskowo pokręcone trupy byłej konstrukcji stalowej porzucone tu i ówdzie przy nowym moście przez firmę konstrukcyjną oraz nieszczęsne wraki trzech wagonów spoczywające na poboczu. Można było domyśleć się, gdzie uderzyły bomby. Torowisko ma w tym miejscu nową podsypkę i białe podkłady strunobetonowe, a cynk na nowych słupach trakcji elektrycznej nie pokrył się jeszcze cienką warstwą brudu i rdzy. Wszedłem na most kolejowy, zachęcony znakiem ograniczenia szybkości do 20 km/godz. Miałbym dość czasu, by umknąć, gdyby nadjechał pociąg. Wg informacji generała Wesleya Clarka dla dziennikarzy, zbombardowany „przez pomyłkę” pociąg nr 393 nadjechał 12.4.99 z ogromną szybkością ponad 100 km/godz., zaskakując nie podejrzewającego nic pilota, który koncentrował się na trafieniu w most, a nie w pociag.

Most kolejowy po zakończeniu nalotów.

Rozpoczęcie odbudowy. Robotnicy znajdują się w miejscu, gdzie przebiegał kabel światłowodowy łączący Jugosławię ze światem. Widać przechył boczny obu przęseł w wyniku bombardowań podpór po 12.4.99. (foto Coja czerwiec 1999 r.)

Uroczyste otwarcie mostu kolejowego 15.9.99, czyli 3 miesiące po zakończeniu wojny. Większość konstrukcji została ponownie użyta. (foto Coja wrzesień 1999 r.)


Na drugim przyczółku elementy stalowe i beton nowej podpory pod torami jak gdyby tuliły zeschłe wieńce ze wstęgami od rodzin, przyjaciół i firm odbudowujących zburzone mosty pod Grdelicą. Dalej, tam gdzie trafił drugi pocisk, nagrobek upamiętnia Iwana Markowić i Anę z domu Bjeletić. Wyjąłem jedną z kartek z torebki zawieszonej za nagrobkiem i przeczytałem cyrylicę: Rodzina i znajomi podają do wiadomości, że od złoczyńczej rakiety NATO, w pociągu na moście koło Grdelicy 12.4.99 zginęła para nowożeńców. Następowało zdjęcie ślubne, nazwiska odeszłych, daty urodzenia (oboje mieli po 26 lat), nazwiska rodziców, rodzeństwa, dziadków i babć. Na odwrotnej stronie kartki czytałem po angielsku: Młoda para małżonków poniosła śmierć zaledwie parę miesięcy po ślubie, bo pilot Nato wymierzył w pociąg, którym jechali. Połączyły ich wielka miłość do chemii i wspólne badania naukowe, wieńcząc małżeństwem parę geniuszy, natomiast morderca rozłączył ich na zawsze, przerywając ich drogę do nagrody Nobla w chemii. Ile ludzkość straciła przez ich śmierć, nikt się nie dowie. Możemy tylko domyslać się, ile straciłaby ludzkość, jeśli zatrzymanoby pracę naukową Pierre i Marii Curie. Na pewno pilot nie zdawał sobie sprawy z tego co robi w momencie, gdy nacisnął spust, a zarobione przez niego w ten sposób pieniądze byłyby tyleż warte. Proszę pomyśl przez chwilę, czy Twoja działalnośc w jakikolwiek sposób przyczynia się do takich tragicznych wydarzeń, albo czy wspomaga takie niszczenie istot ludzkich. Czyż pieniądze zarobione w ten sposób przez Ciebie są aż tak wielkiej wartości?
Minąłem wraka wagonu, najpierw tego, który trafiła pierwsza bomba, przecinając pociąg na dwie części, a dalej – wagonu za lokomytywą, który wywrócił wybuch bomby wymierzonej w most drogowy wkrótce po bombach wymierzonych w pociąg. W tym wagonie zginął co najmniej jeden kolejarz. Wspiąłem się po zboczu przyczółka na most E75. Niedaleko prywatna inicjatywa sprzedawała z furgonu benzynę w plastikowych butelkach po wodzie. 30 dinar – brzmiała cena namalowana prowizorycznie na kartonie dla informacji przejeżdżających. Na ziemi leżał nieaktualny już kawałek tektury – 28 dinar. Podobne „stacje benzynowe” widziałem wszędzie, gdzie podróżowałem w Serbii. A ja myślałem, że sankcje odcięły dopływ paliwa do Jugosławii. Przy drugim przyczółku mostu stoi pomnik z nazwiskami 14 zabitych na sąsiednim moście i notką o 17 zaginionych w tym samym ataku NATO. Gdy podchodziłem doń, właśnie odjeżdżali turyści autem z rejestracją niemiecką. Spędzili przy pomniku co najmniej tyle, ile zajęło mi przejście przez most. Udali się pewnie na wypoczynek nad Morzem Egejskim.

 

Nieużyteczne części konstrukcji wycięto, a elementy sprawne konstrukcyjnie wzmocniono spawaniem, jak to stężenie wygięte uderzeniem wykolejonego podwozia lub odłamkiem bomby.

Od góry: (1) Drugi wagon pociągu nr 393 przecięty pierwszą bombą. (2) Pierwszy wagon i początek oraz przednie podwozie drugiego wagonu. Leżą w miejscu, gdzie zatrzymała sie przednia część pociągu po wubuchu pierwszej bomby. (3) Petar i autor przy nagrobku małżeństwa Markowiciów przy torach, gdzie zginęli od bomby NATO. Za nasypem torowiska widać barierę mostu na E75.


Grdelica to nie Japonia
100 kilometrów na godzinę! Tu nie Japonia, Niemcy, ani Francja – zakpił Petar Welikowić, którego ród nazwiskiem Szola od dziada pradziada mieszka nad Jużną Morawą. Dom Petara wskazano mi, gdy zapytałem o świadków bombardowań NATO. Jego dom nie przypominał wojny. Stał bielutki w nowych tynkach, z krokwiami z niepociemniałego jeszcze drewna, świecąc ocynkowanymi rynnami. Oprócz drugiego domu obok, który także był w trakcie budowy, inne domy i zabudowania gospodarskie wyglądały jak na Ziemiach Odzyskanych, zanim ludzie uwierzyli, że Niemcy nie przyjdą odebrać „swojego”: obnażone z tynków jak po trzęsieniu ziemi, z kraterami od odłamków w popękanych ścianach. Prócz tego było kilka ruin z wykrzywionymi szkieletami więźby dachowej albo z belkami stropów sterczącymi w niebo z gruzów między upiorami kominów. Najpierw myślałem, że po prostu właściciele wymarli i rozleciały się ze starości. Koło domu Petara stał słup betonowy podtrzymujący kable elektryczne zasilające wioskę w prąd. Słup średnicy 30 cm, podparty grubą gałęzią, pozbawiony był betonu pół metra nad gruntem i stał dzięki paru prętom w dalszym ciągu łączącym górę z podstawą słupa. Petar pokazał dziurę w płocie obok. Odłamek od bomby, która spadła, o tam – wskazał na pole tuż przy drugim odbudowywanym domu. Poszedłem we wskazanym kierunku. Stop! – krzyknął Petar. Zatrzymałem się szukając krateru. Był tuż przede mną, średnicy kilku metrów, ale już zasypany ziemią i porosły zielskiem.
Było wiele nalotów w ciągu 7 dni i nocy – wyjaśnił Petar. Zaczęliśmy notować na kawałku deski daty, godziny i skutki, zaczynając od nalotu rankiem 6.4.99. Pociąg zatrzymał się wtedy sam przed mostem, bo jedna z bomb NATO trafiła w przewody, przerywając zasilanie lokomotywy w prąd. Petar pogubił się w wyliczeniach, gdy doszliśmy do nalotów w maju, ale zapewnił mnie, że spadło w oklicy łącznie 56 bomb. Chodź, pokażę Ci mój stary dom – pociągnął mnie na lustrację okolicy. Zatrzymał się nad rzeką, gdzie pół godziny przedtem zdegustowany patrzyłem na sterty zwiezionego gruzu, myśląc: Ale nieporządny naród! Petar wskazał na gruz – Sam woziłem taczką i traktorem. Wiele, wiele ładunków. Nauczona pierwszymi nalotami okoliczna ludność po prostu uciekała z domów, gdy tylko usłyszeli nadlatujące niszczycielskie ptaki NATO. To było szczęście w nieszczęściu. Nie było miejscowych rannych ani zabitych – poinformował Petar. Poszedłeś ratować pasażerów zbombardowanego pociągu? – zapytałem. Nie było mnie tu. Uciekłem z domu, gdy usłyszałem znajomy gwizd zanim wybuchła pierwsza bomba 12. kwietnia – odparł Petar.
Wytłumaczyłem, że potrzebuję zmierzyć długość mostu do obliczeń prędkości pociągu. Petar wyciągnął calówkę. Przy północnym przyczółku mostu kolejowego przystanął przy palenisku, obok którego przeszedłem przedtem obojętnie. W czarnym kręgu paleniska leżały zwoje drutu po oponach. Przez 78 dni, każdego dnia wojny NATO, paliłem je, by bronić obu naszych mostów zasłonami dymnymi przed pilotom NATO. Ludność robiła to samorzutnie. Rząd ani armia nic takiego nie nakazywali. Nie wiem, dlaczego w tym momencie pomyślałem o wysokim odznaczeniu Kanady dla generała Clarka za osiągnięcia militarne w Jugosławii i o doktoracie honorowym z Uniwersytetu Gdańskiego dla Madeleine Albright. Zmierzyliśmy podstawy dwu pierwszych pól kratownicy północnego przęsła: dokładnie 540 cm na pole. Pomnożyłem w głowie przez 8 pól: Oj, trudno będzie uzasadnić nawet 50 km na godzinę. Wychodzi o wiele mniej. Petar odpowiedział: No jasne. Przecież tu nie Japonia. Pociągi zawsze jeździły powoli przez most.
Udaliśmy się na dalszy obchód okolicy. Kratery były już pozasypywane. Dlatego wskazywał miejsca, bo sam bym nie rozpoznał, gdzie spadły bomby w polu. Jakieś 20 m od betonowego przyczółka mostu na E75 wskazał: Popatrz, w ten krater wsypano dużo, dużo gruzu z rozbiórki mostu betonowego. Obrys wsypanej ziemi wskazywał na średnicę jak w innych kraterach w okolicy. Popatrzyłem na Petara z niedowierzaniem. Sypali i sypali ten gruz, ciężarówka za ciężarówką. Wyobraź sobie, jaki był głęboki. Jakaś specjalna bomba penetrująca – tłumaczył Petar. Przez most drogowy wróciliśmy do jego domu. Znowu stał samochód z obcą rejestracją przy pomniku zabitych. Jakaś rodzina jechała z Niemiec na wypoczynek w Grecji. Petar pokazał parę miejsc teraz przykrytych nową czernią asfaltu, w które uderzyły bomby obliczone na zniszczenie przyczółka mostu. Popatrz tam. Te domy zdmuchnęło jak zapałki – wskazał na niedalekie ślady po zabudowaniach po przeciwnej stronie drogi od jego domu. Połowę jednej ruiny ze sterczącym z piwnicy kominem przykrywała folia plastikowa. Zapytałem: Ludzie tak mieszkają od zakończenia wojny? Jak zwierzęta. Petar skinął głową. Jemu nawet nie ocalała piwnica. Na jej miejscu powstał ogromny krater. Do dziś gnieździ się z matką w jednym niewykończonym pokoju. do którego wstawił kuchnię, stół, ławy i prycze. Belgrad dał na odbudowę domu, ale nie starcza na drzwi, okna i wykończenie wnętrz. Cegla, cement i dach pochłonęły pieniądze. Petar wyszedł na chwilę i zostałem z jego matką, drobną pomarszczoną staruszką ubraną tradycyjnie na czarno. Przysłuchiwała się naszej rozmowie, a teraz wylała swój własny żal: Tu na tym klepisku od przeszło roku. Wskazała wychudzoną ręką po gołych ścianach z kamienia odzyskanego z gruzów: Ani pomieszkać, ani odpocząć. Rozpłakała się. Poruszył mnie smutek. Wstałem i przytuliłem staruszkę. Wtedy wszedł Petar. Po co płaczesz kobieto? – rzucił szorstko, trzepiąc dłonie po załadowaniu taczki i dodał coś, czego całkiem nie zrozumiałem, ale co brzmiało jak bunt przeciwko losowi i NATO. Nie widział moich łez, bo stałem plecami do wejścia. W tym momencie poczułem się bardzo blisko obojga i zrozumiałem, dlaczego tego narodu nie zdołali podporządkować sobie ani Hitler, ani Stalin, ani inni przedtem.

Pozwolenie
Pozwolenie na fotografowanie jest? – spytał policjant wchodząc do fotografa imieniem Coja w Grdelicy. Właśnie skończyłem umawiać się z nim o dzieło: 1 marka niemiecka za każde zdjęcie. Ponieważ nie miałem ze sobą aparatu, Coja miał fotografować wskazane przeze mnie rzeczy w okolicy mostów. Coja próbował bronić mnie (i dochodu?) przed policjantem, tłumacząc, że piszę książkę itd., ale władza wzięła górę. Nie ma pozwolenia? To proszę ze mną na komisariat. Tam je wystawimy. Procedura pozwolenia zaczyna się od wylegitymowania petenta. Pokazałem polski paszport z wizą z ambasady w Warszawie. Drugi paszport? – zapytał triumfalnie policjant. Wyjąłem kanadyjski dokument bez zmrużenia oka. Poskrobałem się mentalnie w głowę: Skąd on wie o drugim paszporcie? Dalsza procedura wymagała opisania każdego mojego kroku na terenie Serbii od momentu przekroczenia granicy pociągiem 4.8.00. Kiedy doszedłem do opisu dnia bieżącego, zaświeciła mi żarówka w głowie. Oba paszporty pokazałem dyrektorowi miejscowego domu zdrowia po tym, jak podzielił się ze mną notatkami z czasu wojny. Musiał zadzwonić na policję po moim wyjściu. Nie mieli trudności mnie znaleźć, bo powiedziałem mu, że idę po fotografa i zrobimy sobie wspólne zdjęcie przed ośrodkiem zdrowia.
Zaledwie parę dni przedtem policja aresztowała w Czarnogórze 2 Brytyjczyków i 2 Kanadyjczyków rzekomo na przejażdżce weekendowej, ale z mapami, kablami i detonatorami w bagażniku. Brytyjczycy byli policjantami szkolącymi policję w Kosowie z ramienia ONZ, a jeden z Kanadyjczyków od lat prowadzi interesy w kopalniach kosowskich dzięki poparciu władz Wyzwoleńczej Armii Kosowa, które nasmarował ogromnymi łapówkami i z czym się nawet nie krył w wywiadzie dla BBC. Czwórka wracała rzekomo z czarnogórskiej plaży, ale nie miała pozwolenia na wjazd do Jugosławii (Czarnogóra jest jedną z 2 republik tego państwa), ani strojów kąpielowych. Widocznie byli na plaży dla nudystów, ale jak to możliwe, że nie wiedzieli o wymaganiu wizowym? Pomyślałem, W Kosowie depczą po suwerenności Jugosławii i uważają, że reszta Bałkanów też do nich należy? Nie dziwiłem się więc szykanom w stosunku do mnie. Nawet byłem zadowolony, że władze są czujne i policja pracuje blisko z ludnością cywilną w obronie kraju przed dywersantami, prowokatorami i szpiegami.
Przesłuchanie szło opornie, bo policjanci nie znali języków, a mój serbo-chorwacki dorównywał ich polskiemu. Z niedowierzaniem wysłuchali mojej opowieści o noclegach pod gołym niebem. Nie mieli co wpisać w rubrykę pt. gdzie się zatrzymywał. Przyszedł ogromny ich kolega z większa dozą życzliwości i mniej podejrzliwy, ale nie wyczuwałem, aby moment wystawienia pozwolenia był blisko. Bisykle Polsko - Srbia – powiedział z podziwem. , Aby nie myśleli, że przybyłem tylko do Serbii ze specjalnym zadaniem wyliczyłem im na kartce inne kraje przemierzone rowerem: Kanada, USA, Francja, Wielka Brytania, Nowa Zelandia. Albo nie zrozumieli, albo moje poprzednie eskapady nie zrobiły na nich wrażenia. Półtorej godziny oglądali obu paszporty pod światło, dzwonili kto wie gdzie z drugiego pokoju, podczas gdy ja gadałem w nadziei przekonanania ich o dobrych intencjach. W końcu zjawił się cywil z rozbieganymi oczkami w towarzystwie, mógłbym przysiąc, 2 Kanadyjczyków. Nie myliłem się. Usłyszałem pozdrowienie z kanadyjskim akcentem. Oboje mieszkają w Ontario. On pochodzi z Grdelicy i spotkał swoją łagodną Angielkę w Kanadzie. Od lat co roku przyjeżdżają na wakacje do jego rodzinnej Grdelicy. Przesłuchanie potoczyło się gładko. Cywil zadawał fachowo pytania po serbsku, grdelicki Kanadyjczyk tłumaczył je bezbłędnie na angielski, a potem – moje odpowiedzi na serbski.
Rozmowa sięgnęła odmierzchłych czasów. Co ja studiowałem? Inżynierię budowlaną w Polsce, potem drogową w Danii, w końcu stosowaną teorię decyzji w Kanadzie. Moja edukacja nie zrobiła na cywilu wrażenia: Jaką inżynierię? Co to znaczy civil engineering? Wytłumaczyłem, że projektowanie mostów i innych konstrukcji. Mostów? A wie Pan również jak zniszczyć most? – ożywił się w końcu cywil. Oczywiście. To odwrotny proces do projektowania i budowy. Każdy inżynier wie, gdzie są najczulsze punkty mostu – odpowiedziałem szczerze, zdając sobie nagle sprawę, że nie tylko nie dostanę pozwolenia na sfotografowanie mostów, ale i mogą mnie deportować, wraz z rowerem, jeśli będę miał szczęście i uniknę ciupy. W wojsku Pan służył w Polsce, Danii lub Kanadzie? Nie służyłem w żadnym z tych natowskich państw. Na polibudzie dostałem kategorię D, a potem moimi zdolnościami żadna armia się nie interesowała. W Kanadzie życzyłem sobie skrycie, aby dostać się do kontrwywiadu i deptać po piętach wtyczkom komuchów, których nawet amatorsko odkryłem z niejakim Markiem Mieszkowskim w Halifaksie, obecnie doktorem od ultradźwięków.
Tego ostatniego faktu nie ujawniłem. Cywil wywnioskował, że trzeba zrewidować mój bagaż na stojącym przed komisariatem rowerze. Mnie nie trzeba było, bo byłem skąpo ubrany w 37-stopniowym upale. Podczas gdy brudną robotę szperania wykonywał jeden z mundurowych, cywil stał w rozkroku odgradzając ewentualną ucieczkę do moich natowskich zleceniodawców. Mundurowy wyjmował po kolei moje brudne i czyste ciuchy. Potem kawałek chleba, pomidor i kilka ząbków czosnku. Ostrożnie rozpakował zawiniątko z nieprzemakalnym kombinezonem, który wożę na wypadek deszczu. Na szczęście dla nas wszystkich, nie wybuchło. Torebka z narzędziami, pompka ani finka nie wzbudziły podejrzeń. Z aprobatą odnieśli się do zawiniątka ze śmieciami, których jeszcze nie zdążyłem wyrzucić do kosza: Wozi własne odpady. Nie zaśmieca dróg. Żadnego dynamitu nie było również w ciasno zwiniętym śpiworze zawiniętym w nadmuchiwany materac. Byłem czysty. Mundurowy wyprostował się znad rozbebranych klamotów. Co on wyjął, ja musiałem ponownie zapakować – taki jest los podejrzanych przez policję i celników. Z uśmiechem klepął mnie przyjacielsko po plecach.
To co z moim pozwoleniem? Policjant odpowiedział, że można iść robić zdjęcia z Coją, ale nie zdjęcia mostów. Para kanadyjska zaprosiła mnie na piwo do lokalu naprzeciw policji. Służba nie pozwalała policjantom dołączyć się, chociaż wymiarkowałem, że chcieliby. To państwo policyjne – poinformował mnie on znad kufla piwa o marce zdawało mi się jedynej i wszechobecnej w Serbii. Podczas pierwszego przyjazdu z Kanady zaprzyjaźniliśmy się z naczelnikiem miejscowej policji i mamy od tego czasu spokój – dodała ona. Pomyślałem: ...aż nie zjawią się dywersanci z Kanady. Byłem trochę zgorzkniały. Konsul, u którego dostałem audiencją w ambasadzie przy Alejach Ujazdowskich nie powiedział mi o wymaganiu pozwoleń i konieczności meldowania się na policji w każdej miejscowości. Ostrzegł tylko o konieczności deklaracji wwożonych większych sum pieniędzy, aby nie było problemu przy wyjeździe. Myślałem o dodatkowych opóźnieniach w moim harmonogramie podróży, jeśli w każdej miejscowości mają mnie sprawdzać. Para wyjęła wycinki artykułów z gazety kanadyjskiej, pokazujące znane mi zdjęcia zniszczonego pociagu i klatki z filmu NATO z głowicy jednego ze śmiercionosnych pocisków. Znam – powiedziałem, dodając szereg szczegółów, których nie znali. Nie mieli również pojęcia o zatajonych stratach NATO. Możemy dostać adres tej Pańskiej książki na Sieci? W zamian dostałem karteluszek z ich nazwiskiem i adresem.
Notatki
Do dyrektora dra Czedomira Jowicia trafiłem po zapytaniu pierwszej napotkanej pielęgniarki o kogoś, kto był w ośrodku zdrowia, gdy przywozili rannych z pociągu 12.4.99. Posadził mnie naprzeciw siebie w swym biurze i zaczął wyszukiwać notaki z okresu wojny. Po krótkim szperaniu na stole znalazł się jego dziennik z notatkami służbowymi. Podzieliłem się tym, co mi powiedział z pamięci Petar. Dr Jowić pokręcił głową: Niezupełnie tak, niech Pan... jak na imię? Popatrz, Piotr. To nie z pamięci, tylko bieżące zapisy na służbie, tu w tym biurze. Dokładne, co do minuty. Po przekartkowaniu okresu wojny dzień po dniu, wyłonił się następujący profil ataków NATO w okolicy mostów pod Grdelicą.
7.4.99, godzina 4:55 rano. 2 naloty, 4 bomby, szyby wybite, a kilkoro drzwi wyważyło z zamków w ośrodku [oddalonym o dobre 2 km od mostów]. Dr Jović otworzył drzwi w swoim gabinecie i pokazał mi brakujący kawałek odrzwia przy zamku. W tym ataku pociąg szczęśliwie zatrzymał się ok. 50 m przed mostem, bo atak przerwał przewody trakcji elektrycznej.
12.4.99, poniedziałek, drugi dzień prawosławnej Wielkanocy. Łącznie 3 naloty: o godzinie 11:45, ok. 5 minut potem i ok. 15 minut potem. 16 rannych opatrzono w ośrodku zdrowia pobieżnie do transportu do szpitala w Leskowacu. 4 z poszkodowanych ciężko rannych – bez szczęki, rąk, nóg. Dr Jović dodał: To była masakra. Kto wie ile osób zginęło. Jedno dziecko znaleziono kilka kilometrów w dół rzeki od mostów, gdy wzburzona Morawa wyrzuciła zwłoki na brzeg. Dziecko straciło tylną połowę głowy, nie miało jednego ramienia i stopy. Czyjąś rękę znaleziono na wzgórzu pół kilometra od mostu.
27.4.99, nalot o godzinie 2:45 w nocy.
27.4.99, ok. godz. 11:00. Atak na most. Kobieta przywieziona z okolicy do ośrodka z odłamkiem bomby w łopatce.
29.4.99, godzina 1:40 rano. Jedna-trzecia mostu sarajewskiego zburzona. Nie ma rannych.
11.5.99, godzina 3:10 rano. Dwa domy zburzone, nie ma rannych.
14.5.99, godzina 12:30. 4 eksplozje. Ljubisza Stamenkowić odniosła ciężkie oparzenia dłoni i stóp.
To nie wszystko. W Grabownicę [7 km od Grdelicy] walili bez przerwy, no ale to cel wojskowy. Ale tu u nas? Jak to nazwać? – spytał retorycznie Jowić. Zbrodnie przeciwko ludności – odpowiedziałem, świadomie używając liczby mnogiej.

Sioło w wojskowym punkcie strategicznym
Kiedy wróciłem z Coją robić zdjęcia, Petara nie było w domu. Jego matka wskazała ręką w stronę rzeki. Spotkaliśmy go na drodze. Wracał z pustą taczką pozbywszy się jeszcze jednego ładunku gruzu. Odprowadził taczkę do domu i przyłączył się do naszego obchodu. Coja sfotografował wszystkie wskazane obiekty, a z własnej inicjatywy – także mosty. Próbowałem protestować, pamiętając żądanie policji. Coja machnął ręką. Na koniec Petar zaprowadził nas do sąsiada – swego brata Radiwoja Stamenkowicia. Dom Radiwoja ocalał, ale cała ściana w jednym budynku gospodarczym straciła wewnątrz tynk od podmuchu. Na zewnątrz upstrzona była dziurami od odłamków bomby. Żona Radiwoja, Nada, przyniosła w dłoni kawałek zardzewiałego matalu i pociągnęła mnie ku bramie garażu. Przystawiła metal do małej dziurki w jednej z desek bramy. Drugą ręką wskazała w stronę, gdzie Petar naprowadził mnie na były krater porośnięty zielskiem. Natychmiast zrozumiałem. Nada otworzyła bramę, weszła do środka i przycupnąwszy z mężem w jednym kącie pokazała, jak odłamek bomby przeleciał im przed nosem i trafił w drewno półki naprzeciw bramy. Głęboka dziura upamiętnia tam tę drobną „szkodę uboczną” ataku NATO na cel wojskowy – sioło pomiędzy mostem kolejowym, drogowym i kablem telekomunikacyjnym, które łączyły Serbię z resztą świata.
Radiwoj przyniósł karteluszek z datami i godzinami nalotów. Porównałem z notatkami dra Jowicia. Zgadzały się do 5 minut, w paru przypadkach do 20 minut. Zapewne NATO rozwiałoby te niezgodności na podstawie własnej dokumentacji z lotów bojowych nad Gdelicę. 11.5.99 Radiwoj zanotował: 8 bomb. Dom Petara zburzony. 12.4.99 Radiwoj pospieszył na pomoc ofiarom w pociągu. 14.5.99 NATO wykończyło most kolejowy trafiając w podpory środkową i południową. Wnukowi Radiwoja i Nady, Miloszowi, pozostał po wojnie lęk przed dźwiękiem nadlatujących samolotów. W ich gospodarstwie zmarło ze stresu wojennego 20 z 42 kur. Zginęły w wyniku strachu i paniki, mimo że nie sięgnął ich żaden odłamek. Siedziałem i słuchałem przy małym stoliczku przed domem. Na stoliczku stała mała filiżanka bardzo mocnej kawy po turecku. Nie pijam kawy, ale w Grdelicy nie odmawiałem. Milosz stał obok obserwując mnie z ciekawością. Czas było udać się dalej, znaleźć świadka Nikolę, który mieszka naprzeciw mostu kolejowego. Położyłem dłoń na czuprynie Milosza i pożegnałem się ze Stamenkowiczami, ich synem Goranem i synową Milą.
Wideo
Coja zatrzymał samochód kilkaset metrów dalej przy samotnym domku. Właściciel mieszał zaprawę, a pomagierzy, jeden z nich Nikola, rozprowadzali ją po fasadzie z rusztowania. Umówiliśmy się z Nikolą, że po fajrancie odwiedzimy go w domu i pokaże nam wideo płonącego wagonu, które wykonał ze swych wybitych okien naprzeciw mostu 12.4 99. W międzyczasie Coja wywołał zdjęcia, zrobił odbitki i naładował mi je na dysk kompaktowy. Coja policzył ilość zdjęć i wg umowy pomnożył przez 1 markę. Najwyższemu poziomowi techniki komputerowej w małej miejscowości serbskiej towarzyszył jeszcze bardziej niespodziewany poziom języka angielskiego. W pewnym momencie zmęczyliśmy się z Coją polsko-serbską rozmową. Coja zawołał swego 12-letniego syna na pomoc. Powiedziałem po angielsku co miałem do przekazania, dobierając proste słownictowo dla , jak myślałem, trudnego zadania chłopaka. On przetłumaczył szybko i bezbłędnie i natychmiast potem przetłumaczył nastepną wypowiedź ojca. Byłem zdumiony zasobem słów małego tłumacza. Odpowiedziałem normalnym językiem angielskim, bez troski o możliwość niezrozumienia trudnych słów i zwrotów. Chłopak zaterkotał bezbłędne tłumaczenie ojcu. Nie posiadałem się ze zdumienia. Takiego zasobu słów nie znam u wielu znanych mi weteranów Polonii. „Wynająłem” go więc na spotkanie z Nikolą. Coja zawiózł wszystkich na miejsce swoim zdezelowanym Jugo. Po drodze auta i ciężarówki tankowały przy jedynej w miasteczku stacji bezynowej. A ja naiwniak myślałem, że sankcje odcięły dopływ paliwa do Jugosławii.
Nikola stał w drzwiach rozmawiając z Coją i od razu wiedziałem, że coś nie tak. Nikola miał obiekcje pokazania filmu obcemu, jakby to była tejemnica państwowa. Czułem, że mi nie ufa i podejrzewa o niecne zamiary, najprawdopodobniej po usłyszeniu plotek nt. mojego pobytu na miejscowym posterunku policji. Nie zdziwiłem się, bo podobną reakcję doświadczyłem rano, kiedy przyszedłem na umówione spotkanie z kierownikiem jednej z miejscowych kafejek, gdzie piłem piwo poprzedniego wieczoru. Spodobała mi się jego czerwona koszulka z nazwą kafejki i Grdelicy. Spytałem, gdzie mógłbym kupić sobie podobną, a on widząc, że jestem Polakiem z Kanady zaoferował mi swoją z własnego grzbietu. Gdyby miał wtedy zapasowe okrycie, ja nosiłbym dziś jego koszulkę. Ale rano przywitał mnie bardzo chłodno. Dowiedział się plotek o moich spotkaniach z policją i unikał tematu koszulki. Powiedziałem do widzenia i poszedłem dalej.
Po długiej rozmowie w drzwiach Coja zdołał przekonać Nikolę, aby mi udostępnił wideo. Myślałem, że najpierw obejrzę i na tej podstawie ocenię, czy chcę nabyć kopię. 100 marek jak dla niego – powiedział Nikola Coji wskazując głową w moim kierunku. Ceny nie potrafiłem ocenić, bo nie widziałem towaru, ale nawet 100 marek nie byłoby wygórowane, jeśliby cena wyszła z ust szczerego człowieka. To są ubodzy ludzie, licząc standardem kanadyjskim. Wyczułem, że Nikoli nie chodziło o obiekcje typu tajemnica tylko o próbę zarobienia ile się da z tragedii na moście pod Grdelicą: Nie mam obiekcji co do ceny, ale nie wygląda mi na to, że mi ufałeś, Nikola. W takim razie bardzo Ci dziękuję. Syn Coji przetłumaczył szybko bez jednego błędu i wsiedliśmy do jugo.
Wysadzili mnie przy mieszkaniu Dragana. Dragan niemal wszędzie mi towarzyszył od czasu, gdsy wyszedłwszy z przesłuchania na policji szukałem miejsca z wodą w celu naprawy dziurawej dętki. Dragan jest na rencie po służbie w armii jugosłowiańskiej w kampanii w Wukowarze. Nie wiem, czy do jego stanu umysłowego przyczyniły się przeżycia z Wukowara, czy nie. Nie chciał powiedzieć. Mieszka z matką rencistką i pije. Jest bardzo wrażliwy i mówi po angielsku. Nie mógł przeboleć, jak potraktowano mnie z tą koszulką i taśmą od Nikoli. Matka Dragana czekała z kolacją. Ugotowała kurczaka z ziemniakami i papryką. Dragan jadł twaróg. Mięso i drób są luksusem w obecnej Jugosławii. Na deser mieliśmy arbuza, którego przedtem kupiłem z furgonu w centrum.
Wieczorem oczekiwał na mnie Coja na małe spotkanie towarzyskie i dokończenie naszej umowy. Zjawiłem się z należnym banknotem niemieckim. W pokoju siedziało małżeństwo, przyjaciele Coji. On jest na wyższym stanowisku w policji i śmiał się z moich przejść na miejscowym posterunku. Obecny był też kolega syna Coji. Chłopak przyjechał ostatnio z rodzicami z Zachodu, gdzie mieszkali od wielu lat. Znał płynnie niemiecki. Zapytałem, dlaczego przenieśli się ze Szwajcarii po tak długim czasie. Mój ojciec uważał, że Serbia jest w potrzebie, więc spakowaliśmy się i wróciliśmy. Coja zaoferował kolację, ale ja byłem już po, więc podzielił się ze mną wrażeniami z kampanii kosowskiej. Jak wielu zdolnych do służby wojskowej, był w Kosowie podczas gdy NATO spuszczało bomby z bezpiecznej wysokości. Nie było wtedy wśród nas mężczyzn, tylko kobiety, starcy i dzieci. Wszyscy poszli na front – powiedziała żona policjanta. Nie wystrzeliliśmy ani jednego pocisku. Graliśmy w karty i kiedy szyby się zatrzęsły, nie było niebezpieczeństwa. Kiedy wylatywały, czas było kończyć grę. Przesiedzieliśmy bombardowania w zakamuflowanych ziemiankach, ogrzewaliśmy się ulotkami zrzucanymi przez NATO. Własne wojsko nie mogło odszukać nas w kamuflażu. Gdyby NATO weszło, zostałaby z nich kaszanka – powiedział Coja.

Koncert dla pociągu nr 393
Po powrocie do Kanady byłem pod wrażeniem spotkań pod Grdelicą. Wiersz napisałem pod wpływem dźwięków natarczywie przychodzących do głowy (© Piotr Bein).

Miarowy rytm zębatek
pod wstegą gumy
z procesją skorup po nadzienie toną
prochu, obwodów
i kamery
w czubku
AGM-130.

Stuk wózka na złączach betonu
Wiezie dwa tłuste
nowiutkie AGM-130
w bazie lotnictwa Aviano;
stempel czwór-rożnej gwiazdy
wg. rekwizycji z dowództwa
w Ramstein.

Whitney Huston śpiewa z walkmana
pani lotnik Arrendondo.
Sierżant Harris w koszulce z Disneylandu
(podobnej jak na żonie i synku w Utah)
pogwizduje do wtóru, podłączając
pępowiny pod brzuch
F-15E

„Tysiąc ofiar Serbów”
hipnotyzuje 2 roboty.w kabinie.
Hełmy maskują dusze i twarz
przed człowieczeństwem,
chronią w mózgu piętno
widziane w telewizji w kantynie,
produkcji CNN.

Silniki najlepszego myśliwca na świecie
ryczą na chorągiewkę
w dłoni lotnika w ciemnych okularach
(od optyka w Kansas City)
i mundurze polowym
najlepszego na świecie
USA.

Orła nie słychać, nie widać
z wysokich niebiosów.
Radary Jugosławii
śledzą zlowieszcze ptaszysko nad Niszem,
pytają wyrzutnie
milczacym spojrzeniem,
„Spotkamy się?”

Powietrze gwiżdże
o plastyk kabiny
2 najlepszych w Lotnictwie.
„10-4” potwierdza „Orzeł krąży”.
Oczy wlepione w krzyżyk,
dłonie na drążku nintendo
nie drgną.

Pociąg nr 393
pospiesza po szynach do celu
przez sady kwitniące śliwami wzdłuż
Jużnej Morawy („tej dziwki”),
by ją przekroczyć i przemknąć
pod trasą E75 („pieprzoną”)
ku Skopje.

Świszczy bomba
szpiegując most.
Najlepszy na świecie komputer miarkuje
spotkanie najgorszego pociągu.
W dzień kwietnia bezchmurny
najlepszy radar tropi w podczerwieni.
To APG-70.

Turkocze za stacją pociąg
lżejszy o najgorszych ludzi,
co przeżegnają się
3 palcami przed Krzyżem
z koślawą poprzeczką
na Wielkanoc w krzyżyku
w bombowcu.

Elektrowóz dudni po moście
tłumi plusk rzeki, lecz wygrywa gwizd.
AGM-130 rozrywa pociąg.
Podmuch zmiata wędkarza.
Huk zagłusza ból odrywanej ręki;
znaleźli ją potem
na wzgórzu.

Uszy na bezpańskich głowach
nie słyszą jęku rannych
i dogorywających.
A oczy,
spryskane spalona krwią,
z lotu ptaka nie widzą
ognia ni dymu.

Ciągnie z rozpędu
krwawy kikut wagonu i staje bezradna
w deszczu zwęglonych kawałków
ciał, bagażu i wnętrz przedziałów.
Skaczący do wezbranej rzeki
nie słyszą agonii towarzyszy podróży
pod Grdelicą.

Szlochy bliskich ryją martwe imiona
cyrylicą na czarnym marmurze.
Rozerwana para ma nagrobek
bez dzieci czy Nagrody Nobla.
Nowa stal mostu tuli zwiędłe wieńce
od rodzin, budowniczych,
pytając „Dlaczego?”

...Przy nowym moście E75
Niemiecka rodzina rozciąga się.
Czarny Mercedes wyczyszczony z cyrylicy
rusza spod czarnego pomnika
na plaże jońskie.
Za 2 tygodnie rodzina wraca
do rytmu zębatek

dla następnej misji
NATO.